wywiad z Vadimem Makarenko

Biały święty w średnim wieku

Po przeczytaniu Twojej książki odniosłem takie wrażenie, że opowiada o ludziach, którzy wydają się być trochę nierealni, nie miałeś też czasami takich myśli?

Jest tam, parę takich postaci, które dla mnie, jak przygotowywałem się do wywiadów, wyglądały kompletnie nierealnie. Jedną z nich  jest Marissa Mayer, która ma 38 lat, a jej biografia spokojnie mogłaby być chlubą dla osób między 50, a 60 rokiem życia. Czasem zastanawiałem się, czy ona w ogóle śpi…Słyszałem na jej temat pewną historię. Przychodzi szef zespołu z pracownikiem, żeby coś tam wyjaśnić. Marissa cały czas pracuje na komputerze. Trwa rozmowa i w pewnym momencie on mówi: – Jestem tu z moim najlepszym pracownikiem, może byś chciała poznać?, a ona…– Nie! I dalej pracuje. Nie wiem, jak ona potrafiła to wszystko osiągnąć, ale osiągnęła niewątpliwie. Zasiada w radach nadzorczych, jest członkiem rozmaitych fundacji, firm, teatrów, ma tytuł honoris causa, wygłasza prezentacje, które można obejrzeć na youtubie.

Czy w trakcie rozmowy też była taka odrealniona?

Jest absolutnie czarującą osobą w bezpośrednich relacjach. Przynajmniej ja miałem z nią bardzo fajną rozmowę. Jest bardzo spontaniczna, często się śmieje. Rozmawiałem z nią, tak jak teraz z Tobą…

Marissa Mayer ma 38 lat, parę z Twoich rozmówców też było przed 40-tką, ale generalnie średnia wieku to 48 lat. Zazwyczaj jest to biały mężczyzna, mieszkaniec dużej amerykańskiej metropolii… Droga dość znana, nie uważasz?

Pod tym względem nie ma tu żadnych zaskoczeń… Jeździłem po wielu amerykańskich korporacjach i muszę powiedzieć, że nie widać tam wielkiej zmiany… Don Thompson, prezes McDonald’s jest pierwszym czarnym prezesem w historii tej firmy, a to stanowisko objął dopiero rok temu. Ale niektórzy jednak radykalnie odbiegają od tego wzorca. Na przykład, Terry Leahy, szef Tesco, raz, że nie Amerykanin, dwa, że ma za sobą bardzo przygnębiającą historię.

Co to za historia?

Przed spotkaniem z nim podróżowałem po Irlandii Zachodniej. Chciałem zobaczyć tą Irlandię, którą Heinrich Böll opisuje w swoim Dzienniku irlandzkim. Na początku XX wieku były to naprawdę biedne tereny, a Irlandczycy uciekali  przed głodem, gdzie się da.

Jak rozmawiałem z Terrym i czytałem jego autobiografię Sukces w dziesięciu słowach [właśnie ukazała się nakładem Agory], a szczególnie to co pisał na temat swojej rodziny to już widziałem konkretne obrazy. Może dlatego jego rodzinna historia jest tak przygnębiająca. Po rozmowie z nim byłem w Liverpoolu. To miasto przeżyło niesamowitą rewitalizację. Podobno jeszcze jakieś dziesięć lat temu nikt nie chciał tam jechać. Ale przedmieścia Liverpoolu nadal są dość ponure. Terry Leachy dorastał z jednej takich dzielnic…

Wspiął się od samego dołu…

Na samą górę. Daily Mail stwierdził, że jego przypadek potwierdza, że Wielka Brytania nie potrzebuje specjalnych programów dla ubogich, bo i tak ma wysoką social mobility.

W Twojej książce pojawia się też druga podobna postać, Szlomo Yanai, prezes Tevy. W wieku 50 lat postanowił zupełnie przeorientować swoje życie. Nagle skończyła mu się jedna kariera… wojskowa i postanowił zostać prezesem w firmie produkującej nawozy. Czytając ten wywiad wciąż zastanawiałem się, jak to w ogóle mogło się stać? Wynalazł sobie tą firmę w gazecie, poszedł i powiedział: – ja chce zostać prezesem?

Też go o to pytałem i powiedział, że słyszał o tej firmie, spotkał kiedyś jej założyciela. Podobała mu się dlatego, że odnosiła wówczas sukcesy. Według niego po wojsku to mogła być dowolna branża! Czy to nawozy, czy coś innego. Na pewno nie chciał pracować w konsultingu, czy być komentatorem. Szukał stanowiska w biznesie. Jego przypadek jest trochę podobny do obecnej sytuacji dziennikarzy, którzy znajdują się na bezrobociu, bo ich firmy przeprowadziły redukcje i wielu z nich staje przed takim wyborem. Możesz być PR-owcem. To jest najprostsza ścieżka. Ale najfajniej by było nie być PR-owcem…

Kolejny z Twoich rozmówców Brian Bacon w pewnym momencie odwołuje się do Matki Teresy, podkreślając, że wszystko tak naprawdę sprowadza się do wzniosłych idei i miłości. Czy w takim razie są to historie trochę takich współczesnych świętych? Podkreślasz we wstępie, że wśród nich są osoby, które odniosły sukces, bo miały dużą motywację, samozaparcie, pasje, że im się udało. Uważasz, że to rzeczywiście w dzisiejszym świecie wystarczy? Szczególnie w naszym kraju?

Wierzę w to, że jest to możliwe. Oczywiście takie sytuacje do normy nie należą. Ale wierzę, że tęsknimy za takimi sytuacjami, uważamy, żeby byłoby mieć fajnie takiego szefa. Każdy by chciał… Czy to jest możliwe? Jest możliwe! Ja znam parę osób, które mają bardzo podobne benchmarki w swojej karierze zawodowej i odnoszą sukcesy. Inna sprawa, że nie chcą o tym rozmawiać.

Urodzić się w dobrych czasach

Większość Twoich bohaterów dorastało w czasach, kiedy gospodarka się rozwijała, nierówności społeczne były stosunkowo nieduże. Generalnie było chyba łatwiej coś osiągnąć niż teraz?

Zastanawiam, czy te nierówności były mniejsze w Stanach Zjednoczonych 10-20 lat temu?

Josh Bivens i Lawrence Mishel, dwóch ekonomistów z Economic Policy Institute w Waszyngtonie w jednym ze swoich artykułów brutalnie rozprawiło się z mitem, w który kiedyś wierzyli niemal wszyscy Amerykanie, a który teraz wydaje się co najwyżej piękną bajką opowiadaną dzieciom. Według nich bogactwo niektórych wcale już nie jest efektem ciężkiej i konsekwentnej pracy przez lata.

To prawda.

W czasach, kiedy dorastali Twoi bohaterowie [pokolenie baby boom – urodzeni w latach 1946-64] to były lata 50-te, 60-te. To były najlepsze lata w Stanach.

Nie tylko w Stanach. Masz rację, tak! Jednak według mnie współczesne korporacje, są bardziej otwarte na zasysanie ludzi z zewnątrz, zupełnie spoza własnej hierarchii niż kiedyś. Wydaje mi się, że pod tym względem jest lepiej, a nie gorzej. Jeśli chodzi o dystrybucje dóbr to jest dokładnie tak, jak mówisz, ale jeśli chodzi o możliwości robienia kariery w firmach dziś moim zdaniem sytuacja uległa poprawie.

Ale aby zrobić prawdziwą karierę trzeba koniecznie wyemigrować do USA, tak jak niektórzy z twoich bohaterów?

Tak, bo w Polsce jest na odwrót. To jest dla mnie wielki paradoks. W Stanach Lena Dunham, która stworzyła ten serial Girls przyszła z ulicy do HBO i powiedziała, że chce zrobić serial. Miała wtedy w dorobku tylko jeden film, który sama zrobiła. – zobaczcie, co zrobiłam! I oni dają jej szansę.

Tak, ale to w Stanach…

Tak, w Polsce poszło dokładnie w drugą stronę! Byliśmy krajem wielkich szans tuż po 89, a teraz się wszystko zabetonowało!

W rozmowie z jednym szefów venture capital, wspominasz, że jeśli ktoś w Polsce przychodzi do inwestora to on patrzy wpierw jaki ten ktoś ma buty. Twój rozmówca, inwestor urzędował w niedużej knajpce w San Francisco. Można było do niego podejść i opowiedzieć o swoim pomyśle na biznes i już?

To akurat był seedingowiec – facet, który inwestuje na bardzo wczesnym etapie. I to  w firmy ludzi, którzy wyglądają byle jak. Mnie zaskoczyło, że nawet w dużym funduszu, który obraca ponad miliardem dolarów menedżer mówi, że ma gdzieś, jak człowiek jest ubrany. Dla niego najważniejsze jest to, jak opowiada o biznesie, jak nawiązuje kontakt wzrokowy, a nie to, czy on ma na sobie buty za pięćset dolców, czy za pięćdziesiąt.

Ale Dolina Krzemowa jest naprawdę wyjątkowa. To jest środowisko, w które niesłychanie łatwo wejść. Nie w sensie takim, żeby pozyskać kapitał i rozwinąć biznes, bo takich doświadczeń nie mam, ale poznać ludzi, umówić się na spotkania. W San Francisco jest chyba najłatwiej w Stanach. Przyjeżdżasz, rozmawiasz z kimś, ktoś ci daje rekomendacje potem praktycznie wszystkie drzwi są przed Tobą otwarte. Jeżeli ktoś się z Tobą nie spotyka to naprawdę nie ma czasu albo, że go nie ma w tej chwili w mieście, a nie dlatego po prostu, że on nie chce się z Tobą zobaczyć! Co w Nowym Jorku nie jest już takie oczywiste.

Ślepy strzał Yandexu i znaczenie środowiska

Czy jednak oprócz silnej wewnętrznej motywacji, samozaparcia nie jest też określony system, który stwarza dobre warunki, czy poprzez system prawny, podatki, jakieś umiejętne wsparcie państwa? Weźmy przykład Yandexu, który  rzeczywiście osiągnął niezwykły sukces, ale gównie na rynku rosyjskim. Rynek rosyjski jest bardzo duży, ale jednocześnie bardzo specyficzny. Ma niełaciński alfabet, znaczną fleksyjność, dość nacjonalistyczne nastawienie użytkowników i wsparcie państwa…

Absolutnie masz rację, co do tego, że połowa naszych sukcesów to jest środowisko. I pod słowem „środowisko” można pojmować strasznie różne rzeczy. Środowisko w sensie podatkowym, w sensie psychologicznym, w sensie kulturalnym, dowolnym… środowisko w dużej mierze determinuję nasze sukcesy i porażki.

Skorzystałem z yandex.com, bo nie znam rosyjskiego. Poszukiwałem informacji na temat prezesa tej firmy i yandex.com znalazł mi dokładnie sześć wyników.

Sześć!

Sześć! Włączając materiał na temat Twojej książki zamieszczonej na AntyWebie

Yandex w zachodnich językach jeszcze wciąż ma dużo do zrobienia. Natomiast u siebie są mistrzem, w Turcji dość szybko zdobywają rynek. To jest ich pierwszy kraj, na który weszli eksperymentalnie. Jeżeli tam się uda to im się wszędzie uda, to jest ich myślenie. Ich celem jest wchodzenie na duże rynki nieanglojęzyczne. Pod tym względem Polska jest może nawet nie tym największym rynkiem, na który by chcieli wejść. W pierwszej kolejności do ustrzelenia mają takie rynki, jak Niemcy, Francja, czy Hiszpania. W Turcji, ostrzą noże na wojnę z Google. To jest wszystko przed nami. Z dużym zainteresowaniem to obserwuje.

Podobna historia dotyczy Wiktora Kisłego, prezesa białoruskiej firmy Wargaming.net, autora sukcesu gry World of Tanks…Niby Białoruś wydaje się być zupełnie białą plamą na mapie rynku IT, a okazuje się, że znajduje się na  trzynastym miejscu jeśli, chodzi liczbę oferowanych rozwiązań IT.

To nie jest zaskoczenie, bo bardzo dużo białoruskich programistów kończyło rosyjskie uczelnie. world-of-tanks-2Rosyjscy programiści nie są źli. Białoruś stała się czymś na wzór Bangalore (programistyczne zagłębie w Indiach) z jego centrami telefonicznymi tylko w innej dziedzinie. Bo IT jakkolwiek miałoby się w tamtym kraju rozwinąć to właśnie w kierunku offshore programming. Natomiast zaskoczeniem są dla mnie te gry! I to jest właśnie typowy przypadek takiego faceta, który właściwie nie wiadomo skąd się wziął. Bardzo trudno jego sukces jest wytłumaczyć. Jak te wszystkie książki Gladwella przełoży się na ten konkretny przypadek to myślę, że przede wszystkim chodzi o wsparcie rodziny, determinację…

Działał trochę wbrew logice rynku. Wciąż próbował. Rynek nie istniał, w związku z tym klasyczna bariera w postaci konkurencji nie istniała. Mógł tanio wynająć zespół i zlecać mu różne zadania. Wszyscy pracowali na entuzjazmie, ojciec dawał kasę, a on tym ludziom płacił jakieś symboliczne pieniądze, żeby po prostu nie czuli się  oszukani i w ten sposób metodą prób i błędów budował swój biznes. I pewnie nie zbudowałby go taką metodą gdyby nie Gurbakash Chahal z Doliny Krzemowej, który kupił najpierw od niego udziały w sieci reklamy bannerowej  i nie sprzedał ich później Yahoo. To był ten moment! Zwróć uwagę, co się wtedy wydarzyło. Ten facet miał już na koncie dość dużo porażek, z których wyciągnął odpowiednie wnioski.

i przyszedł niezły kapitał.

W Dolinie Krzemowej to jest dokładnie ten moment. Bach!!! To, co mnie zaskoczyło, że ten facet odniósł sukces nie przez przypadek. Wiedział, że idzie na wojnę z World of Warcraft – z najpotężniejszą grą MMORPG (gry typu Multiplayer). On wiedział, że to jest bardzo silny przeciwnik. To nie jest tak, że on sobie jakiś błękitny ocean (chodzi o strategię Błękitnego Oceanu) znalazł, nie! [śmiech]. On był tego świadom.

Świetnie zareagował. Był świadomy, że tego typu gry to przyszłość. W google trends, dokładnie widać, jak Playstation traci cały czas na rzecz gier typu MMORPG.

Poza tym nie był zbyt chciwy. Kasa, którą żądał od graczy nie jest duża, a ponieważ gra ma dużą skalę…

Mikropłatności, ten model, bardzo sprytne.

Dokładnie tak.

Gry newsowe i dziennikarstwo hybrydowe

abc

Rozmawiałeś z trzema panami ze szkoły w Los Angeles… Billem Smithem (prorektor), Bobby Milly’em (dziekan wydziału animacji), Robert Bryant (szef wydziału gier komputerowych). Ta rozmowa to prawdziwa wisienka na torcie dla wszystkich tych, którzy interesują się tym, co się dzieje obecnie na rynku mediów. Możesz coś na ten temat powiedzieć?

Wydawcy prasy myślą o rynku gier. Wcześniej myśleli aby dołączyć grę do gazety i sprzedać na zasadzie gadżetu potem zaczęli myśleć, czy nie wyprodukować własnych gier. Teraz zastanawiają się nad produkcją tzw. gier newsowych. Na przykład jest wypadek w metrze. Wysyłasz ludzi na miejsce, którzy robią dokumentację, a developer produkuje ci grę dla czytelnika, który może wejść do tego metra i zobaczyć skutki wypadku własnymi oczami.

Już w 2008 roku niejaki David Tow, australijski myśliciel, dziennikarz, napisał artykuł, w którym snuje swoje wizje na temat przyszłości rynku mediów do 2050 roku The Future of the Media – Human and Web Synthesis. I w tym artykule przewiduje dokładnie pojawienie się m.in. gier newsowych.

Pomyślałem sobie „fajna sprawa”, bo w Polsce jeszcze tego nie ma. Dobrze by było do kogoś takiego dotrzeć. Jak byłem w Los Angeles, a miałem tam różne spotkania, to zaplanowałem sobie, że się umówię z jakąś szkołą filmową, która ma wydział gier komputerowych i The Los Angeles Film School była, nie ukrywam, szkołą najbardziej dostępną, w tym sensie, otwartą na dziennikarzy nie-amerykańskich, bo to w ogóle, być nie amerykańskim dziennikarzem w Stanach jest dużym wyzwaniem, z różnych względów…

Dlaczego?

W Stanach ludzie wszystko przeliczają na GRP-isy. Nie spotykają się z dziennikarzem z Polski, bo to jest mały kraj i dla nich to jest żaden rynek. Polski język to nisza! Jeszcze jakbym był z Hiszpanii i napiszę po hiszpańsku to mamy Latynosów…

Rosnąca populacja…

Tak i to bardzo, bo przecież ich jest już więcej niż czarnoskórych… LAFS (The Los Angeles Film School) zdecydowało się zainwestować we mnie trochę czasu, za co byłem im wdzięczny. Poza tym sceneria tej rozmowy była niezwykła. Czekała na nas cała sala kinowa. Gdyby to wszystko nagrać na video byłoby to naprawdę coś niezwykłego.

Na pewno nie był klasyczny wywiad… Po pierwsze, miałem trzech rozmówców… Okazało się, że wszyscy są decyzyjni i mają coś do powiedzenia, każdy coś innego. Pierwsze skrzypce grał facet, który był szefem wydziału gier. Może to jest kwestia tego, że od samego początku ich sprowokowałem, zadając pytanie, czy gry mają w ogóle kiedyś szanse zostać sztuką?

i oni trochę się zdenerwowali…

facet się zagotował! Praktycznie od samego początku rozmowa ruszyła bardzo fajnie. Bardzo spontanicznie się z nimi gadało. Chciałem się dowiedzieć, czy istnieje jakaś droga dla nas opowiadaczy historii, nie ważne, czy to w gazetach, czy w radiu, czy telewizji, czy w filmie… czy możemy jeszcze coś innego robić? Czy możemy jakieś nieliniowe rzeczy opowiadać? No i okazało się, że jak najbardziej istnieje. Oczywiście wymaga to specjalnych kwalifikacji…Nie jest tak, że po napisaniu artykułu siądziesz i napiszesz sobie grę! Ale to jest możliwe. Można się tego nauczyć, można to robić i jest na to popyt.

W rozmowie z Arturem Kurasińskim, powiedziałeś, że teraz możesz już pracować jedynie jako dziennikarz hybrydowy. Czy naprawdę tak będzie?

Spędziłem trochę czasu w Oxfordzie. Słuchałem tam m.in. wykładu Ian’a Hargreaves’a, który ma ponad 60-siąt lat, sprawował funkcje redaktora naczelnego The Independent i News Statesman. Jest profesorem na wydziale dziennikarstwa w Digital Economy at Cardiff University, w Walii w Wielkiej Brytanii. Napisał raport o stanie zawodu dziennikarza w Wielkiej Brytanii.

Jego zdaniem przyszłość dziennikarstwa jest niestety hybrydowa. Teza ta wywołała straszną dyskusję wśród słuchaczy, jakby ktoś granat rzucił na sali… Co to znaczy dziennikarstwo hybrydowe? To znaczy, że jesteś dziennikarzem i jeszcze kimś innym. Dziennikarz jest zawsze w drugiej kolejności. Twoje główne źródło dochodu jest gdzie indziej. Dziennikarstwo ci płaci, ale to jest wisienka na torcie, robisz to głównie dla przyjemności. Utrzymanie się z dziennikarstwa jest coraz trudniejsze, bo po prostu wydawcy nie mają pieniędzy, wypychają wszystkich poza etaty, na jakieś samozatrudnienie, a na samozatrudnieniu ludzie sobie robią różne rzeczy. I w Polsce to już bardzo dobrze widać, jest coraz więcej dziennikarzy, którzy prowadzą działalność PR-ową.

Dość pesymistyczny scenariusz…

Bardzo pesymistyczny kiedy mamy dziennikarzy i PR-owców. Tak, to jest niebezpieczne, ale gdy mamy pracownika kancelarii prawnej, którego konflikt interesów jesteśmy w stanie jasno zweryfikować już na starcie, to…

Rozumiem. Ale mam na myśli, że dziennikarstwo to jednak profesja, i dlaczego na tym normalnie nie zarabiać?

Ona pozostanie, ale niestety dla coraz mniejszej grupy ludzi. Taki wniosek nasuwa mi się po pobycie w Anglii, gdzie dzieje się to samo, co u nas, tylko morale jest lepsze.

Ale to przecież atrofia sfery publicznej. Dziennikarze, jeżeli byli dobrze dofinansowani, mogli pracować i mogli kontrolować poczynania władzy. Czy właśnie nie w tym celu pojechałeś do Oxfordu aby się dowiedzieć, jak uratować prasę?

Byłem w Oxfordzie w ramach stypendium zawodowego. Studiowałem w  Reuters Institute for the Study of Journalism. To szkoła medioznawcza. Przyjmują nie tylko pracowników naukowych, ale też dziennikarzy. Wszyscy pracują nad różnego rodzaju projektami, które sami sobie wybierają. Mój projekt dotyczył inicjatywy, którą nasza gazeta realizuje wspólnie z Guardianem, La Stampą, Le Mondem, El Pais i Süddeutsche Zeitung. Raz na kwartał wydajemy dodatek o Unii Europejskiej pisany z perspektywy przeciętnego czytelnika, takiego Jana Kowalskiego z Katowic, który za unijne fundusze rozwinął działalność gospodarczą albo widzi jak unijne fundusze wspierają środowisko w jego regionie. Bardzo fajny pomysł. Inna sprawa, że nie odniósł zawrotnego sukcesu, bo albo był źle promowany albo wymaga dopracowania. O tym jak uratować prasę myślałem poza zajęciami [śmiech]. To znaczy, na zajęciach myśleliśmy, jak uratować prasę, ale moja praca była na inny temat.

Jednak trzeba być nienormalnym

Zadałeś takie pytanie jednemu z ze swoich rozmówców. Teraz ja Tobie je zadam. Jakie są trzy najważniejsze książki w Twoim życiu?

Ooo? [z przerażeniem] łatwiej się zadaje takie pytanie niż się odpowiada na takie pytania. Wiesz, co? Na różnych etapach, różne rzeczy, ale myślę, że Erich Maria Remarque, Trzej towarzysze

Dlaczego?

W tej książce jest taki wzorzec męskości, który do mnie bardzo przemawia. Na pewno Hemingway… W ogóle jedna z najważniejszych moich książek w moim życiu, tej trójcy umieściłbym Ernesta Hemingwaya Ruchome święto.

Niesamowite…

Więc Hemingway, Remarque… kto jeszcze? I myślę, że Joyce. To absolutnie poza kwestią…

Ulisses?

Nie. Portret artysty… To jest coś, do czego jestem w stanie osobiście się odnieść. Portret artysty w czasach młodości, genialna książka absolutnie. Przeczytałem ją kilka razy. No i też Dylan Thomas, a to już jest poezja.

Zaskoczyłeś mnie tą odpowiedzią…

To znaczy?

Bo sobie pomyślałem, że powiesz mi o jakiś książkach z dziedziny mediów.

Nie! [śmiech]… trudno żeby media decydowały o całym życiu! Nie to jest taki obszar, którym można się zajmować albo nie zajmować, a dobre powieści to jest to! Jest tyle książek, które chciałbym kupić. Chciałbym na przykład przeczytać biografię Joyce’a. Czytałem recenzje tej biografii w New York Times’ie i jest tam świetny moment… Wiele książek Joyce’a ukazało się ze sporym opóźnieniem, takim, do kilku lat.. No można zwariować! Jesteś pisarzem…

Ciekawe…

Autor tej biografii piszę, że jedną z najbardziej niezwykłych cech Joyce’a była ogromna wiara w sztukę, którą uprawia. Może dziennikarstwo nie jest sztuką, ale każdy lubi widzieć jakiś sens tego co robi. Coś poza zarabianiem pieniędzy. I dziennikarze mają często takie wątpliwości, czy coś co ja robię ma sens. No poza utrzymaniem rodziny, oczywiście. Kiedyś Hemingway powiedział, że na co dzień sam mierzy się z wiecznością [śmiech] Jaką trzeba mieć wiarę… I Joyce taką wiarę miał! Niebywałe! Nie był to do końca normalny człowiek.

A czy Twoi rozmówcy też trochę tacy nie byli [śmiech]?

Ale zdecydowanie! Jest tam wiele takich osób, które, ja zastanawiam się, czy są normalne… wśród moich rozmówców. No i oczywiście są wariatami w tym pozytywnym znaczeniu. Nie są mordercami, którzy gdzieś w krzakach chcą kogoś zarżnąć. Ale z drugiej strony to trzeba mieć dużą dawkę bezczelności w sobie żeby przyjść i powiedzieć, że chce się być prezesem jakiejś firmy. Czy Tomek Opasiński, który bez wykształcenia graficznego w tej chwili jest jednym z najbardziej znanych plakacistów w Hollywood. On jest też dla mnie dużą lekcją. To osoba, która roztacza w wokół siebie jakiś gigantyczny urok, ale poza tym jest zwyczajnym facetem…

Platige i umiejętność żonglowania

ale mimo tego miał niesamowite parcie…

Tak. On po prostu chciał robić coś innego niż robił w EURO RSCG, coś lepszego niż ulotki dla Auchan! [śmiech] Albo historia Platige. Tak sobie myślę, że z historii Platige nasi biznesmeni mogą wyciągnąć najwięcej wniosków.

We wczesnych latach 90-tych nasze firmy cały czas kombinowały z braku zasobów, nie było rynku, nie było niczego. Teraz cały czas musisz szukać równowagi pomiędzy działalnością stricte komercyjną, która daje ci przychód, a działalnością artystyczną taką, która nie tylko zaspokaja ambicje, ale też daje ci jakiś wizerunek. Powoduje, że jesteś znany. Trudno z produkcji rur plastikowych stać się kimś znanym. To jest problem. Jak ustawić firmę, żeby była na tyle elastyczna, żebyś ty mógł tymi ludźmi żonglować i przerzucać ich w zależności od koniunktury w danej chwili, na jeden albo drugi odcinek frontu. Moim zdaniem to bardzo duża sztuka.

Taki obszar takich miękkich umiejętności zarządzania..

Zarządzanie to jedno, ale jakich umiejętności to wymaga od pracownika? To jest coś, co próbuje sobie wyobrazić, jak to wyglądałby w mojej firmie… Siedzę na „taśmie” w internecie i produkuje newsy. O trzeciej kończę i tak jest cały tydzień zbudowany, a od następnego poniedziałku przesiadam do samolotu i lecę do Sztokholmu. Rozmawiam z prezesami dużej firmy. Czy to jest niemożliwe? To jest możliwe. Ale to wymaga od dziennikarza posiadania takich kompetencji, których początkujący na tym rynku nie mają w ogóle szansy zdobyć…

Niestety to prawda!

Zastanawiam skąd ci ludzie, których rekrutuje Platige potrafią robić tak różne rzeczy. Być może zawód grafika komputerowego albo animatora jest kompletnie inny. Być może w animacji jesteś w stanie robić wszystko…

Ale w dziennikarstwie to nie jest takie wcale oczywiste. Jestem przykładem dziennikarza, który z newsa wyrastał. Żeby robić newsy musisz trzymać kontakt z branżą, cały czas mieć dopływ świeżych informacji, znać ludzi. Jak zagłębisz się w reportaże, książki, to tracisz kontakt  z tymi gośćmi, którzy na co dzień są na przodku i wydłubują ten tunel. Balansowanie pomiędzy tymi sprawami wcale nie jest łatwe, a w Platige to się udaje. Jestem naprawdę pełen podziwu. To jest taka rozmowa, która mnie w sumie zaintrygowała chyba najbardziej ze wszystkich rozmów w tej książce, bo była na mnie przekładalna w największym stopniu…

Poniżej jedna z produkcji Platige Image

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: