Tag Archives: wzrost gospodarczy

Czy zmiana narracji ożywi gospodarkę? Czy może to jedynie cisza przed burzą i będziemy mieć kolejne załamanie? O sytuacji gospodarczej słów kilka.

MW-BH149_fomc_r_20130821132850_MG

Ostatnie spotkanie Rezerwy Federalnej USA (FED), Źródło: MarketWatch.com

[…] im bardziej skomplikowany system, tym większa możliwość popełnienia błędu.

George Soros, Alchemia Finansów

Wyszukiwanie oznak poprawy sytuacji gospodarczej coraz bardziej zaczyna przypominać wyłuskiwanie ziarnek piasku z gęstego mułu. Jak inaczej można nazwać pojawiające się ostatnio nagłówki, które oznajmiają, że oto gospodarka odżywa. Zaintrygowany czytelnik klika w jeden z takich nagłówków i dowiaduje się, że PKB w sferze Euro wzrósł 0,3% (sic!), a w krajach, w których od kilku kwartałów produkt narodowy brutto spadał kilka, a nawet kilkanaście procent obserwujemy mniejsze spadki.

Obok danych na temat wzrostu PKB mamy też informacje o pozytywnych tendencjach, jeśli chodzi o zmiany wartości indeksów PMI, czy „dobre” wieści z Grecji, która otrzymała od agencji Fitch wyższy rating (z „CCC” do „B minus”). Agencja uzasadnia to postępem w eliminowaniu deficytu fiskalnego i realizacją zgodnie z planem programu naprawczego. Pozytywny klimat można odczytać również wśród informacji dotyczących gospodarki Hiszpanii, czy Portugalii.

Czasem zastanawiam się, czy nie jest to tylko PR-owy zabieg, którego celem jest wywołanie odpowiedniego klimatu i nastawienia. Tak jakby komuś zależało, że właśnie teraz, w tej właśnie chwili należy rozgłaszać, że gospodarka rusza.

Jeśli być drobiazgowym to należy zwrócić uwagę, że notowane wzrosty dotyczą zmian z kwartału na kwartał tego roku, ale jeśli uwzględnimy dynamikę porównując, na przykład wyniki PKB kwartalnie, ale rok do roku nadal mamy spadki.

PKB Euroland i USA kwartalnie

Zmiany PKB Strefy euro i USA w poszczególnych kwartałach, rok do roku. Od I kwartału 1999 do II kwartału 2013. Żródło: Eurostat, United States Census Bureau

Zanotowany wzrost może być bardziej efektem związany z sezonowością, przepływem kapitału, czy słabą bazą poprzednich kwartałów. Nawet jeśli rzeczywiście mamy oznaki ożywienia to jeden problem wciąż pozostaje − problem gigantycznego zadłużenia, który jak okazuje się wcale nie musi być teraz tak dużym problemem.

Jak chcą niektórzy wystarczy, że zmienia się „narracja”, według której opowiadamy sobie o trudnościach w gospodarce, a problem długu przechodzi na dalszy plan. Priorytetem jest wzrost gospodarczy i tworzenie nowych miejsc pracy. Pytanie tylko, czy przybędzie ich w wystarczającej ilości aby państwo mogło znowu zarabiać na podatkach, a przez to ograniczyć zadłużenie?

Co się zatem zmieniło? Moim zdaniem fundamentalnie niewiele. Ale te same problemy zaczynają być przez inwestorów i ekonomistów układane w nieco inną, bardziej korzystną narrację. Nieprzypadkowo używam właśnie słowa „narracja” – dominujący sposób myślenia jest bardzo ważny, ponieważ decyduje o zachowaniu rynków finansowych i tym samym dostępności kapitału. Robert Shiller, znany profesor z Yale, twierdzi, że narracje mają ogromny wpływ na realne procesy gospodarcze.”

W narracji opisującej mechanizm niemożności obniżenia długu publicznego brakowało dwóch elementów, które są obecne teraz. Przede wszystkim większa jest tolerancja dla wzrostu długu. Państwo to nie firma, nie zabezpiecza swojego długu aktywami, więc nie można analitycznie określić, w jakim momencie staje się niewypłacalne. Decydentem jest rynek, który zmienia opinie częściej niż panna na wydaniu. Rynki finansowe najwyraźniej uznały, że jeżeli Włochom i Hiszpanii dług publiczny będzie rósł jeszcze kilka lat, to krzywda nikomu się nie stanie. Przykład Japonii pokazuje, że przy dużych oszczędnościach krajowych dług może rosnąć niemal w nieskończoność. Jeżeli Japonia może wytrzymać z długiem na poziomie 250 proc. PKB, to Włochy poradzą sobie z 13-150 proc. A Hiszpania nie pęknie przy 100 proc. Ważne, żeby kraje te najpierw odzyskały wzrost gospodarczy, wtedy łatwiej będzie im w przyszłości wejść na ścieżkę redukcji długu.

Ponadto – i to jest element, który odegrał kluczową rolę w uruchomieniu pozytywnego myślenia – Europejski Bank Centralny dał sygnał, że jest gotowy bronić integralności strefy euro. A z bankiem centralnym się nie walczy.

Strefa Euro Zrobiła krok w tyłu znad przepaści, Ignacy Morawski, główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości

Wystarczy zmienić nastawienie, a kryzys zniknie? Postrzeganie jest na pewno ważne, słowa, które używamy do opisu rzeczywistości są równie ważne, ale nowa nawet bardzo optymistyczna historia nagle nie zmieni trendu. Przypomina to analizy produkowane przed załamaniem się rynku nieruchomości w USA, których autorzy byli przekonani, że ceny domów będą rosły bez końca (sic!). Wygląda to trochę tak, jak zachowanie małego dziecka, które wierzy, że jak zamknie oczy to niebezpieczeństwo zniknie. A przecież dług publicznych krajów Eurolandu nie spada, a nadal rośnie.

Przyglądając się sytuacji na rynku walut można zauważyć stan wyczekiwania. Zmiany kursów są niewielkie i szybko wchodzą w stan konsolidacji (co de facto oznacza dużą nerwowość i zmienność kursów w krótkich okresach). Nic dziwnego skoro zmiany realnej gospodarki są również niewielkie, a do tego niejednoznaczne. Jedne wskaźniki pokazują niewielki wzrost, z kolei inne spadek.

Więcej tu płonnych nadziej, spekulacji, nieustannej uwagi, którą skupia na sobie FED, czy inne banki centralne. Czy to cisza przed burzą? A może jednak niedługo będziemy świadkami rzeczywistego odreagowania i silnych wzrostów? Zwykle wyjście z kryzysu obok samej zmiany „narracji” wymaga jednak też jakiegoś pretekstu w postaci nowej technologii lub wojny. Czy takim bodźcem będzie szybkie upowszechnienie się technologii łupkowej stosowanej przy wydobycia gazu i ropy?

Jednocześnie mamy do czynienia z nieco inną „narracją”. Wielu analityków wypatruje kolejnego załamania, tym razem amerykańskich indeksów giełdowych. Rośnie obawa, że jeśli Rezerwa Federalna Stanów Zjednoczonych (FED) zrezygnuje z zakupów aktywów w ramach trzeciej rundy ilościowego luzowania polityki monetarnej (QE3) − a zrobi to w momencie kiedy amerykańska gospodarka wejdzie w fazę stałego wzrostu −  to nastąpi krach i masowa ucieczka inwestorów z giełdy. Taki scenariusz może nie nastąpi szybko, bo sytuacja gospodarki USA wciąż nie jest zbyt jednoznaczna. Jednak zachowanie indeksów amerykańskiej giełdy może budzić niepokój.

big.chart

Zmiany dzienne indeksu tzw. szerokiego rynku SP 500 od 2004 r do 2013 r (sierpień).
„W sumie od wyznaczonego w marcu 2009 r. dna, S&P 500 wzrósł już o 146 proc. Skumulowane zyski spółek wchodzących w skład indeksu wzrosły w tym samym czasie o niewiele ponad 70 proc. Po raz ostatni ceny akcji wyprzedzały „fundamenty” tak mocno w 1999 r., kiedy walory spółek S&P500 wyceniane były na 30-krotność raportowanych zysków. Rok później na Wall Street zawitała bessa, a główny indeks stracił 49 proc. Podobnie było w 1987 r., kiedy skończyło się na 34-procentowej przecenie.” por. Wall Street co raz dalej od rzeczywistości, Bankier.pl

Tak naprawdę konsekwencje luźnej polityki monetarnej są nieznane nawet członkom Rezerwy Federalnej. Wskaźnik bezrobocia spadł jedynie o pół punktu procentowego niżej od momentu startu skupu aktywów. Fed nie jest nawet pewny, czy dane na temat wysokości bezrobocia są rzetelne.  Podejrzewa, że kryzys wypchnął na stałe sporą grupę ludzi poza rynek pracy, której nie uwzględniają już statystyki.

Obawy, że Fed zdecyduje się zrezygnować lub nawet ograniczyć drukowanie dolarów spowodowały silne spadki walut rynków wschodzących. Tak było w Brazylii, Indiach, czy Turcji. Rządy tych państw postanowiły zainterweniować na rynku broniąc swoich walut przed nagłym spadkiem wartości, co było skutkiem ucieczki kapitału szukającego wyższych zysków w momencie wzrostu stóp procentowych USA.

Na pewno jesteśmy spragnieni owej potencjalnie „ożywczej” narracji. Pytanie jednak pozostaje, czy ta „ożywcza” narracja pozwoli zniwelować problem słabych fundamentów wciąż widocznych w gospodarce, czy stanie się jedynie okazją do krótkotrwałych wzrostów, z których skorzystają duzi gracze (smart money), a „owce” obejdą się jak zwykle jedynie smakiem?

Zob. też

Dlaczego doszło do kryzysu na Cyprze?

Koniec obsesyjnej konsumpcji i nadejście ery nowego konsumenta

Kryzys gospodarczy na świecie – próby zrozumienia

A Bubble Continues To Form In The Stock Market

Is the S&P 500 ‘crashing’ now?

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , ,

Segregacja w szkole

Myślałem, że sprawy związane z pewnym klimatem społecznym w Polsce, o których pisałem w poprzednim poście na jakiś czas będę mógł odłożyć i zająć się komentowaniem innych bardziej ciekawszych zjawisk. A jednak nie.

Już od jakiegoś czasu możemy przeczytać w prasie o tym, że mamy do czynienia w Polsce z segregacją w szkołach. Bogaci rodzice nie życzą sobie bowiem aby ich pociechy chodziły do tej samej klasy, co dzieci z mniej zamożnych lub biednych rodzin. W jednym z numerów Dziennika ukazał się nawet wywiad z ojcem, który twierdzi, że to rzecz zupełnie naturalna, że on pragnie dla swojego dziecka, jak najlepiej i nie widzi żadnego powodu aby musiało ono chodzić do klasy razem z dziećmi z tych „gorszych rodzin”.

„Integracja sama w sobie z punktu widzenia społeczności jest elementem pozytywnym, ale z punktu widzenia mojego indywidualnego nie przedstawia żadnej wartości. Mieszanie dzieci złych z dobrymi jest tylko zamiataniem problemu pod dywan – takie działania to równanie wszystkich w dół. Dlatego nie chciałbym, żeby moje dziecko w nich uczestniczyło. Nie rozumiem w imię czego miałoby trafić do klasy z dziećmi, które mają obniżone kompetencje poznawcze spowodowane choćby zmniejszoną znajomością języka polskiego, znajomością literatury, bo z nią nie obcują w środowisku domowym. Co niby w ten sposób moje dziecko miałoby osiągnąć? To oznaczałoby tylko zaniżanie poziomu edukacji, jaką otrzymuje.”


Czy zatem nie jest to jeszcze jedna obserwacja, która potwierdza tezę, że wzrost gospodarczy, który ostatnio ma miejsce w Polsce nie tylko nie powoduje, że wszyscy Polacy stają się nagle bogaci, ale wywołuje z jednej strony właśnie zawiść, jak pisał to w swoim tekście Ireneusz Krzemiński, a z drugiej – chęć budowania granic, które wyznaczają pozycję społeczną (zamknięte osiedla, segregacja w szkole).

Jeszcze nie tak dawno wszyscy byliśmy biedni. Może poza wąską elitą związaną z dawną nomenklaturą, czy osobami, które mają naturalne predyspozycje do zajmowania się biznesem i zarabiania dużych pieniędzy (którzy jeszcze na początku lat 90-tych zaczynali handlować mając jedynie łóżko polowe i stertę tanich ciuchów przemyconych zza wschodniej granicy). Potem były lata powolnego wspinania się w górę innych grup społecznych, pojawiły się szybkie kariery w biznesie robione przez młodych i świetnie wykształconych ludzi, mieliśmy jeszcze okres pierwszego kryzysu, a teraz ponoć przeżywamy prawdziwe eldorado.

Na pewno wzrost gospodarczy powoduje, że coraz więcej z nas zaczyna odczuwać poprawę swojej sytuacji materialnej, coraz więcej z nas czuje zadowolenie z tego powodu i uważa, że żyje się w naszym kraju coraz lepiej. Ale jednocześnie, jak pokazują to moje obserwacje, komentarze socjologów i zauważone przez media negatywne, jakby nie było zjawiska społeczne (na przykład wspomniana segregacja w szkole) obserwujemy silne napięcia, które są skutkiem rosnących aspiracji względem poziomu życia z jednej strony, zaś z drugiej potrzeby oznaczenia własnej pozycji w hierarchii statusu materialnego i coraz silniejszego też „odgrodzenia się” od tych, którzy nie zasługują aby przebywać blisko nas tylko dlatego, że nie mają tak dużo pieniędzy, jak my.

Wszystko to zaczyna przypominać mi sytuacje w krajach Ameryki Łacińskiej. Ale tam obsesja na punkcie wyznaczania granic związanych ze statusem prowadzi już niejednokrotnie do prawdziwych polowań na bezdomnych, które zlecają bogaci właściciele eleganckich butików nie chcąc aby biedacy zasłaniali widok na witryny ich sklepów.

Czy czeka nas zatem społeczeństwo prawdziwie kastowe, w którym sam fakt urodzenia się w „biednej rodzinie” całkowicie będzie determinować naszą przyszłą „karierę”? Co tak naprawdę teraz się dzieje z polskim społeczeństwem? Czy mamy w sobie tak silny głód pieniędzy, a jednocześnie brakuje nam innych punktów odniesienia do budowania własnej wartości aniżeli właśnie posiadanie dóbr materialnych, że potrafić teraz będziemy jedynie budować granice wyznaczające przynależność do określonej kasty majątkowej? Gdzie zatem tutaj miejsce na tak wyczekiwane na samym początku przemian społecznych i gospodarczych społeczeństwo obywatelskie?

Otagowane , , , , , , , , , , , ,
%d blogerów lubi to: