Category Archives: książki

Przydatne narzędzie do zrozumienia trendów

Obok narzędzi i metod służących do rozpoznawania i identyfikacji trendów bardzo ważnym etapem pracy trendwatchera jest zrozumienie całego kontekstu, w którym rozwijają się trendy. Znana firma  zajmująca się identyfikacją trendów Trendwatching zaprezentowała jakiś czas temu przydatne narzędzie do właśnie takiej „pracy nad trendem”. Nie chodzi przecież tylko aby się „masturbować intelektualnie” w wyszukiwaniu, czy nazywaniu trendów, ale oto aby dobrze je rozumieć, a w rezultacie dobrze na tym zarobić.

Consumer trends are, at their heart, an essential part of uncovering innovation opportunities. Otherwise they’re just intellectual masturbation: diverting, pleasant and entertaining, but with little real purpose 😉 Yet we frequently hear that ‘trends’ feel mysterious and opaque. Which is why this month we’re introducing the CONSUMER TREND CANVAS* rather than bringing you another Big Consumer Trend.

Prezentacja autorstwa firmy Trendwatching Consumer Trend Canvas

Narzędzie nazywa się Consumer Trend Canvas. Jest to szablon, który rysujemy na kartce w formatu A3 lub najlepiej jeszcze większej. Duży format jest potrzebny aby szablon był dobrze widoczny i wszyscy uczestnicy, na przykład warsztatu, spotkania podczas którego będziemy „pracować nad konkretnym trendem” mogli do niego podejść i zapisywać swoje idee.

Cały pomysł jest niezwykle prosty, ale też pozwala bardzo dogłębnie zrozumieć trend i jego konsekwencje. Jak przyznają autorzy inspiracją do jego powstania była książka Tworzenie modeli biznesowych. Podręcznik wizjonera autorstwa Alexa  Osterwalder’a i Yves Pigneur’a, którzy ze swoimi licznymi współpracownikami wypracowali podobny szablon pomagający wymyślić innowacyjny biznes.

Szablon składa się z sześciu pól. Przy czym, cztery z nich służą do zrozumienia kontekstu i samej dynamiki trendu, zaś dwa pozostałe pomagają nam w ustaleniu potencjalnych kierunków jego wykorzystania, jakim może być stworzenie innowacji,  usprawnienie już istniejących na rynku produktów, czy też zaplanowanie strategii komunikacji.

Wpierw musimy zastanowić się, jakie kluczowe potrzeby, czy pragnienia stoją za rozwojem trendu? Następnie szukamy odpowiedzi na pytania: jaki jest ich szerszy kontekst, skąd te potrzeby się biorą, czy jakie inne trendy (drivery) mają wpływ na ich rozwój? Trzeci etap to poszukanie luki między tym, czego konsumenci potrzebują, pragną, a tym, co obecnie są w stanie dostać. Powinniśmy znać aktualną ofertę rynku, jakie produkty, czy usługi są blisko lub daleko ich oczekiwaniom. W następnym kroku poszukujemy działających na rynku firm, które mogą stanowić dla nas albo pewne analogie albo też inspiracje.

Gdy już dobrze zrozumiemy zarówno potrzeby, jak i szerszy kontekst analizowanego trendu przypatrujemy się temu, jaki tkwi w nim potencjał do tworzenia nowych rozwiązań. Szukamy pomysłu na nowy model biznesowy, historii, za pomocą jakich kanałów komunikacji i relacji dotrzemy do potencjalnych odbiorców? Podczas tego etapu inspiracją będzie wspomniana na początku książka Osterwalder’a, która znacznie dokładniej omawia rozmaite aspekty związane z tworzeniem innowacyjnych modeli biznesowych.

W ostatnim polu określamy grupy odbiorców, które najszybciej odpowiedzą na analizowany trend. Czy są to innowatorzy, wcześni adoptujący, przedstawiciele generacji Z, czy może jeszcze jakieś inne segmenty klientów? I rzecz bardzo ważna, czy będą to te same grupy klientów, których mamy obecnie, czy też zupełnie inne i dlaczego?

Zamieszczona poniżej prezentacja wyjaśnia poszczególne etapy pracy na przykładzie trendu, jakim jest Pretail. To sposób dokonywania zakupów wykorzystujący platformy typu crowdfunding. Konsumenci mogą tam znaleźć najbardziej innowacyjne, ciekawe i unikalne produkty serwowane lepiej niż gdziekolwiek indziej, przez przedsiębiorców, a przede wszystkim przez start-upy. Oczywiście zaproponowany przez Trendwatching szablon można wykorzystać do każdego dobrze rozpoznanego trendu.

Zobacz także inne teksty z serii „Warsztaty trendwatchera”:

Prognozowanie przyszłości – znaczenie historii

Trend Boards

Otagowane , , , , , , , , , ,

Zawód zwycięzca? Liczy się szaleństwo i sztuka żonglerki.

images

To jest dla mnie wielki paradoks. W Stanach Lena Dunham, która stworzyła serial Girls przyszła z ulicy do HBO i powiedziała, że chce zrobić serial. Miała wtedy w dorobku tylko jeden film, który sama zrobiła. – Zobaczcie, co zrobiłam! I oni dają jej szansę. W Polsce poszło dokładnie w drugą stronę! Byliśmy krajem wielkich szans tuż po 89, a teraz się wszystko zabetonowało!

Wywiad z Vadimem Makarenko

Jest dla mnie polskim Malcolm Gladwellem. Piszę o mediach i reklamie – jak się zmieniają, jak wpływają na nasze życie i jak my na nie wpływamy – tak streszcza to, czym się na co dzień zajmuje. Urodził się w 1973 roku w Brześciu na Białorusi, od 1991 mieszka w Polsce, absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim.

Vadim Makarenko – od wielu lat dziennikarz Gazety Wyborczej. Dzieli się z czytelnikami wszystkim tym, co dzieje się na rynku mediów. Jego teksty to wnikliwe i rzetelne analizy dotyczące trendów, strategii wielkich koncernów, czy niewielkich, ale prężnych i innowacyjnych firm.

Jako jeden z pierwszych pisał na temat coolhuntingu (Templariusze Coca-Coli), czy technikach badawczych, jak mystery shopping (Szpieg prawdę). Oba teksty dostały nominowane do nagrody GrandPress.

Jako autor książek zadebiutował analizą polskiej sceny badań rynku „Tajne służby kapitalizmu”. To jedna z niewielu dostępnych na polskim rynku opowieści z punktu widzenia dziennikarza o tym, czym wówczas był i jak się zmienił polski rynek badań.

Gorąco zapraszam do lektury wywiadu, jaki przeprowadziłem z Vadimem Makarenko na temat jego książki pt. „Zawód zwycięzca”.

Co z tego wyszło możecie przeczytać poniżej. Znajdziecie tu wiele ciekawych historii zawiązanych z powstawaniem jego nowej książki. Ale rozmawialiśmy też o trendach na rynku mediów, o przyszłości zawodu dziennikarza i o tym, po co Vadim pojechał studiować do Oksfordu.

Zapraszam.

Otagowane , , , , , , , , , , , ,

Kryzys? A może to już normalność?

415-disaster-day-crisis-wallpaper-1920x1200-customity

Jakiś czas temu prowadziłem warsztat na temat prognozowania trendów, który miał otworzyć nową edycję tego kierunku na Viamodzie – Polskiej Szkole Mody i Designu. Przed moim wystąpieniem głos zabrała znana trend watcherka Zuzanna Skalska. Przyznała, że paradoksalnie ma znacznie więcej pracy niż w czasach prosperity – firmy chcą wiedzieć, co robić w trudnych czasach… po chwili jednak dodała jedną uwagę. Jej zdaniem obecnie nie mamy do czynienia, z jakimś tam kryzysem, spowolnieniem gospodarczym, po którym ponownie nastąpi wzrost. To co dziś obserwujemy to koniec pewnego świata, zupełne i bezpowrotne załamanie się starego systemu. Innymi słowy znajdujemy się w czasach przełomu, zawieszenia…

Takie opinie to nie nowość. Zwykle gdy mamy do czynienia z silnym i to jeszcze przedłużającym się kryzysem, warto tu przypomnieć, że obecne, tak silne wyhamowanie gospodarki trwa tak naprawdę z niewielkimi, co prawda przerwami od 2008 roku, próbujemy nie tylko jakoś zrozumieć zaistniałą sytuację, ale też w jakiejś mierze się do niej „mentalnie” przystosować.

Opinie, że to nie tylko przejściowy wypadek przy pracy, ale tak naprawdę koniec pewnej ery, epoki i początek nowej można było spotkać pewnie dużo wcześniej. Przypomnę, że sam w podobnym tonie wypowiadałem się już na tym blogu: Kryzys gospodarczy na świecie – próby zrozumienia.

Zainteresowanie kryzysem rośnie właśnie w czasach samego kryzysu, a wszelkie głosy, czy analizy w czasach wzrostu wskazujące dopiero możliwość nadejścia załamania są lekceważone, czy wręcz wyśmiewane. Kiedy mieliśmy boom na rynku nieruchomości, większość obserwatorów, analityków była przekonanych, że teraz to norma i ceny będą już rosnąć zawsze, a o wychwalanym modelu gospodarczym stymulowanym przez kredyt już nie wspomnę. Widzimy to co chcemy widzieć, nasze decyzje, strategie (jeśli tak naprawdę jakiekolwiek istnieją) są oparte jedynie na pragnieniu tego, co dobre i przyjemne, unikamy „czarnowidztwa” i pesymizmu, bo to przecież jest takie passe. A dziś? Dziś jesteśmy już może i nawet przytłoczeni ową „literaturą przedmiotu” dotyczącą kryzysu, źródeł kryzysu, modeli teoretycznych kryzysu i tak dalej i tak dalej. Jednak dla mnie to rzecz nadal fascynująca, jak realne wydarzenia w istotny sposób modyfikują, zmieniają całe, wielkie ekonomiczne teorie (por. chociażby artykuł, który podsumowuje 21 książek napisanych zarówno przez ekonomistów, jak i dziennikarzy, a będących próbą diagnozy przyczyn obecnego kryzysu:  Reading About the Financial Crisis: A 21-Book Review).

Dla mnie liczy się kontekst, to, jak patrzymy na świat, gdzie i w jaki sposób zdobywamy doświadczenie, jakie mamy wartości. Sztuką jest szukać własnych teorii i opinii zawsze wbrew opinii tłumu. A jakie to jest trudne pokazują wciąż pojawiające się kryzysy. Kryzys to przecież zawsze w dużej mierze skutek reakcji tłumów, zresztą tak samo, jak i hoss). Czyli oprócz ekonomicznych przyczyn w dużej mierze opiera się na zmianie percepcji i właśnie innym kontekście, według którego oceniane są pewne walory, zachowania, podejmowane są decyzje.

Warto zapoznać się z książką socjolog Jadwigi Staniszkis „Antropologia Władzy”. Punktem wyjścia dla autorki jest Traktat Lizboński, który miał stanowić podstawę do wprowadzenia istotnych zmian w strukturze instytucjonalnej, ale też strategii samej Unii. W międzyczasie wybuchł kryzys, który zawiesił wcześniej ponawiane próby diagnozy, a następnie przebudowy europejskiej federacji.

Kryzys zawsze jest wstrząsem, zawieszeniem lub całkowitą zmianą reguł. Ale autorka „Antropologii Władzy” zastanawia się, czy obecny kryzys nie jest próbą dostosowania gospodarki europejskiej do warunków narastającej globalnej konkurencji, zwłaszcza ze strony Chin. W takim ujęciu obecny kryzys to nie chwilowe załamanie, kolejna faza cyklu, ale trening, dyscyplina. Można go potraktować, jako dość bolesne (to pewnie bardzo mało trafne określenie w tym kontekście) zdyscyplinowanie europejskich społeczeństw i stworzenie zupełnie nowego modelu władzy, ale też zarządzania rynkiem pracy (wzrost wydajności przy jednocześnie bardzo istotnym spadku kosztów związanych z zatrudnieniem pracowników, kosztów transakcyjnych, czy kosztów relacji).

Być może zresztą przyjdzie nam żyć w permanentnym kryzysie i uznać go za sytuacje normalną? Procesy globalne tak się bowiem skomplikowały, że ich logika wymaga równoczesnego podejmowania działań sprzecznych. A już to samo w perspektywie naszych dotychczasowych nawyków myślowych stanowi jeden z symptomów kryzysu. Trudno bowiem dostrzec, w ramach naszej dotychczasowej perspektywy poznawczej, odwołującej się do logiki dwuwartościowej (i pozbawionej „ontologizacji czasu” pozwalającej wyrazić i rozwiązać paradoksy), iż wytwarzanie i realizacja zysków w ramach globalnego matriksu wiąże się z równoczesnym włączaniem rynków znajdujących się w odmiennych stadiach (i formach) kapitalizmu. I że w związku z tym ich wewnętrzne standardy, wyznaczające, co uznaje się za „racjonalne”, nieuchronnie wchodzą ze sobą w kolizje. Jeżeli system nerwowy owego matriksu w postaci ponadnarodowych instytucji finansowych, sieci produkcyjnych i handlowych, firm logistycznych i konsultingowych oraz – instytucji rankingowych, nie dostrzeże naturalności owych kolizji (i dalej będzie konceptualizował procesy w sposób zbyt liniowy, próbując wyeliminować wewnętrzne sprzeczności) to – zamiast skutecznie zarządzać złożonością, będzie tylko transmitował i potęgował szok.

Jadwiga Staniszkis, „Antropologia władzy. Między Traktatem Lizbońskim a kryzysem„, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, str. 151.

Czy zatem wchodzimy na zupełnie nowy poziom, gdzie pewne rzeczy do tej pory dla nas dobre znikną, a te rzeczy dość dla nas bolesne staną się normą? Trochę to przerażające, ale jak przyglądam się narastającej spirali zadłużenia niektórych krajów UE to wciąż nie mogę sobie wyobrazić, jak będzie możliwe aby ten dług kiedykolwiek mogły one spłacić. Pojawia się błędne koło: takie instytucje, jak np. MFW wymagają drastycznych cięć wydatków, jako jeden z warunków udzielenia kolejnych kredytów. Owe cięcia powodują jednak, że gospodarka zwalnia, a to prowadzi do spadku dochodu np. z podatków, co z kolei powoduje wzrost zadłużenia i konieczność ponownej prośby o pomoc.

Polecam również

Koniec obsesyjnej konsumpcji i nadejście ery nowego konsumenta

Każda epoka ma swoje słowa

Strach przed nieznanym

Obrazek za www.customity.com

Otagowane , , , , , ,

Nieustannie podłączeni – pokolenie Z

Pokolenie Z to osoby urodzone w latach 1995 – 2010, czyli w czasach dynamicznego wzrostu znaczenia internetu i nowych technologii komunikacyjnych. Pokolenie Z czasem określa się też, jako: Cyfrowi tubylcy (Digital Natives), Generacją M (Multitasking), Generacją C (Connected Generation), czy Net Generation. Dla przedstawicieli tego  pokolenia tzw. nowe technologie istniały „od zawsze” – były czymś zwyczajnym i codziennym. Można powiedzieć, że nowoczesna technologia stanowi dla nich naturalne środowisko niezbędne do sprawnego funkcjonowania.

Podstawowym punktem odniesienia jest tu świat cyfrowy. Świat bez komputerów, laptopów, smartfonów, a co najważniejsze bez dostępu do internetu jest prawdziwą abstrakcją.

Konkurencja o uwagę

Kim są ludzie z Pokolenia Z? To przede wszystkim twórcy i to bardzo ambitni. Potrafią robić wiele rzeczy na raz. Trudno skupić się im na jednej czynności – ich uwaga jest rozproszona. Świat składa się z tysiąca fragmentów – puzzli, w których układaniu są mistrzami. Nic dziwnego – bombardowani są tysiącem przekazów reklamowych, „pływają” w morzu aplikacji, a informacja nie jest dla nich poszukiwanym „dobrem”, ale „powietrzem”, którym przywykli oddychać.

Znaczenie designu

Umiejętność korzystania z różnych produktów online i zaawansowanych urządzeń elektronicznych wytwarza potrzebę poszukiwania dobrego designu – preferują proste i łatwe w użyciu projekty, popularność zyskują rzeczy zaprojektowane z myślą o użytkowniku, o jego wygodzie i potrzebach estetycznych.

Społeczna odpowiedzialność

Z racji swobodnego poruszania się po morzu informacji dostrzegają wiele zagrożeń, jak: międzynarodowy terroryzm, czy potencjalnie negatywne konsekwencje zmian klimatycznych. Przez co są bardziej uwrażliwieni od innych na kwestie społeczne i ekologiczne. Mimo, że nie odrzucają takich wartości, jak: samodzielność, przedsiębiorczość to bardziej preferują myślenie skoncentrowane na rozwijaniu własnych pasji niż jedynie na zarabianiu „kasy”.

Nieustannie podłączeni

Są nieustannie podłączeni do sieci: w domu, poza domem, kiedy pracują, rozmawiają, odpoczywają, podróżują. Swoboda, z jaką poruszają się i wykorzystują różne platformy komunikacyjne może powodować spadek znaczenia rozmaitych uwarunkowań kulturowych, czy norm, szczególnie w kontekście wyborów i sposobów podejmowania decyzji.

Książka cyfrowa – to oczywiste!

To, co dla starszych pokoleń stanowi zagrożenie to dla przedstawicieli generacji Z jest obiektem fascynacji i polem do eksperymentowania. Dość często roztrząsany ostatnio dylemat: czy książka cyfrowa może stanowić zagrożenie dla książki drukowanej jest dla pokolenia Z jest czymś zupełnie niezrozumiałym i dziwnym. Dla nich cyfrowa książka to jeszcze jeden z naturalnych elementów krajobrazu, bez którego pewni czuliby się bardzo nieswojo.

Dystans między pokoleniowy coraz mniejszy

Jeszcze jedna ważna obserwacja. Kontekst kulturowy i społeczny, w którym dorastają przedstawiciele pokolenia Z jest zbliżony do tego, w którym żyli ich rodzice. Może technologicznie są znacznie bardziej zaawansowani niż rodzice, ale już w przypadku upodobań związanych z modą, designem, czy sferą kultury mają znacznie więcej wspólnego niż dzieci wobec swoich rodziców ze starszych pokoleń.

Jednak pomimo tego, iż gusta co do formy mogą być podobne to upodobania, co do treści już niekoniecznie. Na przykład, rodzice podobnie, jak ich dzieci mogą lubić muzykę rockową, ale jeśli chodzi o konkretnych wykonawców to ich znajomość i preferencje będą już zupełnie inne.

Poniżej bardzo inspirująca prezentacja, którą polecam. Więcej o pokoleniu Z możecie przeczytać na Wikipedii – Generation Z.

Trend Scout znowu w akcji!

Upływa już prawie siedem miesięcy od ostatniego wpisu na tym blogu. Czy to dużo, czy mało? Niektórzy blogerzy zamieszczają kilka wpisów dziennie, inni piszą systematycznie raz na miesiąc, a z kolei jeszcze inni piszą jakim wypadnie.

Nie przywykłem się tłumaczyć. Ale…

Przez ostatnich kilka miesięcy nie próżnowałem. Z roli obserwatora trendów stałem się praktykiem – postanowiłem wykorzystać trend, jakim jest digitalizacja książki do prowadzenia własnego biznesu.

I tak powstała firma Inpingo, która dostarcza innowacyjne oprogramowanie dla wydawców, ale nie tylko – bo równie dobrze mogą z niego korzystać niezależni autorzy, self-publisherzy, studia graficzne, blogerzy.

Oferujemy rzecz, która jest czymś unikalnym na polskim rynku. Każdy kto chce przygotować książkę, broszurę, katalog, czy jakikolwiek inny dokument dostępny nie tylko w „papierze” ale też na dowolnym urządzeniu cyfrowym (mam tu na myśli e-czytniki , tablety, laptopy, smartfony itp.) może tego dokonać wykorzystując nasze oprogramowanie.

Do tej pory aby przygotować książkę dostępną np. na Kindle (czytnik elektronicznych książek oferowany przez Amazon) trzeba było dokonywać konwersji. Może to nie był zbyt duży problem, ale zawsze trzeba było takie oprogramowanie wpierw odnaleźć, no i efekt nie zawsze był zadowalający.

Możliwości Inpingo są dużo większe. Oferujemy także automatyczną dystrybucję do wielu serwisów zajmujących się sprzedażą treści elektronicznych zarówno w kraju, jak i na świecie. Udostępnimy narzędzia, które pozwalają zapanować nad wciąż rosnącymi zasobami treści. Cała zabawa odbywa się w tzw. „chmurze”.

Wszystkich zainteresowanych naszym projektem zapraszam do odwiedzenia naszej strony www.inpingo.pl Tam także prowadzę bloga, który jest poświęcony technologiom cyfrowym na rynku wydawniczym, jak też rozwiązaniom oferowanym przez naszą firmę.

Czy zagoszczę tu na dobre i zacznę systematycznie pisać? Nie obiecuję, ale postanowiłem, że spróbuję. Poczułem  pragnienie pisania. Jednak wciąż największym moim wyzwaniem jest, jak zwykle N.B.K (czytaj: notoryczny brak czasu).

Trzy sposoby na książkę (według Ideo)

Trzy różne spojrzenia na przyszłość książki. Film pokazuje rozmaite możliwości edycji cyfrowej. Czytanie na „ekranach” niekoniecznie musi być mniej przyjemne niż czytanie wersji drukowanej.

Otagowane

Gdzie się podziało 100 m i l i onów kobiet?

„W ciągu ostatnich 50 lat na całym świecie więcej kobiet zginęło z powodu swojej płci niż mężczyzn we wszystkich bitwach XX wieku… w każdym z wyliczeń wielkości globalnej populacji powtarza się zdumiewająca prawidłowość, którą łatwo wziąć za błąd statystyczny. Kobiety żyją przeciętnie dłużej od mężczyzn, a więc powinno ich być więcej na świecie. A jednak z jakichś powodów w niektórych regionach świata to wyliczenie się nie zgadza. Wygląda to tak, jakby na pewnych obszarach kobiety po prostu znikały.”

– tak napisał Ed Pilkington w brytyjskim Guardianie. Szokujące, prawda?

No bo jak to? Co rusz czytamy, że sytuacja kobiet się poprawia, ba, że jest nawet lepsza niż mężczyzn. W w krajach rozwiniętych w wyniku kryzysu to przede wszystkim mężczyźni tracili pracę. Pozycja kobiet  na rynku pracy zaczęła się umacniać. Nie tylko pod względem zarobków, ale także dlatego, że coraz częściej zaczęły obejmować stanowiska wymagające wysokich kwalifikacji.

Jak pisał na swoim blogu Edwin Bendyk:

„W USA zatrudnienie kobiet w kategorii “professionals” osiągnęło już 51 proc. Od dawna już także kobiety dominują jeśli chodzi o aspiracje edukacyjne: 60 proc. dyplomów uczelni wyższych w Europie i USA zdobywają kobiety, podobnie jest w krajach takich jak Iran i Turcja. Kryzys ujawnił, że gospodarki krajów rozwiniętych coraz mniej potrzebują mężczyzn (czy raczej tzw. “męskich” kompetencji), na cztery osoby tracące pracę w USA trzy były mężczyznami. Z kolei jeśli chodzi o przyszłość amerykańskie Bureau of Labour Statististics stwierdza, że kobiety będą zajmować dwie trzecie miejsc pracy w 10 z 15 kategorii zawodowych notujących najszybszy rozwój. W końcu w 2011 USA przewaga kobiet studiujących na uniwersytetach nad mężczyznami osiągnie 2,6 mln.”

Sam pisałem, że na skutek rosnącej pozycji kobiet już niedługo możemy mieć do czynienia z wielką rzeszą sfrustrowanych, zniechęconych i agresywnych mężczyzn. Metaforyczną ilustracją tego zjawiska miała być, według mnie powieść Stiega Larsona „Millennium”.

Ale jak się okazuje to tylko cześć prawdy. I nie tylko dlatego, że inne trendy obserwujemy w krajach wysokorozwiniętych – gdzie sytuacja kobiet rzeczywiście uległa poprawie, a inne w krajach rozwijających się – gdzie dzięki silnie ugruntowanej tradycji kobiety wciąż nie mogą rozwinąć skrzydeł. Za ich trudną sytuację odpowiadają przede wszystkim wzory kulturowe, które większą wartość przypisują mężczyznom niż kobietom.

„Na przykład w Indiach matki dużo rzadziej szczepią córki niż synów, a badania przeprowadzone w instytucjach medycznych wykazały, że dziewczynki są zabierane do szpitala dopiero, kiedy ich stan zdrowia jest gorszy od przeciętnego stanu przyjmowanych na leczenie chłopców. Ryzyko śmierci dziewczynki w Indiach jest o 50% większe od ryzyka zgonu chłopca w tym samym wieku.”

„Każdego tygodnia w Chinach umiera na wskutek braku opieki lekarskiej 800 małych dziewczynek (dokładnie tylu demonstrantów zginęło podczas protestów na placu Tiananmen)”

Poprawia się sytuacja jedynie części kobiet – tych dobrze wykształconych, mobilnych, nastawionych na robienie kariery. Organizacja Social Watch, śledząca przestrzeganie praw człowieka na całym świecie, stworzyła system oceny różnic w traktowaniu płci. Wskaźnik GEI (Gender Equity Index) mierzy dysproporcje pomiędzy sytuacją kobiet i mężczyzn. Im mniejsza wartość indeksu, tym bardziej upośledzone są kobiety w danym kraju. Z badań Social Watch wynika, że rzeczywiście pewien postęp się dokonuje, ale jest on obecny jedynie w tych krajach, w których różnice w traktowaniu płci były niewielkie już kilkanaście lat temu.

Korzystna sytuacja kobiet w krajach rozwiniętych okupiona jest dramatyczną sytuacją kobiet w innych częściach świata. To stamtąd przywozi się – trochę na podobnych zasadach, jak importuje się surowce – młode dziewczyny, które zadłużone rodziny sprzedały pośrednikom trudniącym się handlem „żywym towarem”. Trafiają potem do domów publicznych znajdujących się w Amsterdamie, Londynie, Hamburgu, czy Atenach.

Według ostatniego raportu Biura Narodów Zjednoczonych ds. Narkotyków i Przestępczości (UNODC  „Trafficking in persons to Europe for sexual exhibition”) w samej Europie zorganizowane grupy przestępcze zarabiają rocznie 3 miliardy dolarów zmuszając do prostytucji i niewolniczej pracy około 140 tys. osób (80% z nich to kobiety).

 

Z danych brytyjskiego ministerstwa spraw wewnętrznych wynika, że liczba prostytutek w Zjednoczonym Królestwie wzrosła od lat 90-tych ubiegłego wieku z 80 tys. do ponad 800 tys. Na skutek znacznego spadku cen „egzotycznych uciech” w okresie ostatnich pięciu lat liczba mężczyzn płacących za seks wzrosła dwukrotnie. Powyższe dane obrazują rosnące zapotrzebowanie na usługi seksualne wśród mieszkańców Europy. Rekordzistą jest tu Hiszpania, gdzie aż 39% mężczyzn mogło korzystać z usług płatnego seksu.

Profesor Amaryta Sen – zdobywca nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii wyliczył, że możemy mówić aż o 107 milionach kobiet, które „wyparowały” za sprawą: morderstw, bo zhańbiły swoje rodziny, przez brak troski ze strony rodziców, w wyniku gwałtów, czy przymusowej prostytucji, która dziś wiąże się zwykle z zarażeniem wirusem HIV, co oznacza najczęściej również śmierć.

Możemy mówić o prawdziwym „kobietobójstwie” twierdzą Sheryl WuDunn i Nicholas Kristof, autorzy książki o znamiennym tytule „Half the Sky”.

„W szczytowym okresie handlu niewolnikami, czyli w latach 80 XVIII wieku, z Afryki do Nowego Świata przetransportowano 80 tysięcy niewolników. Dziś przez granice przewozi się dziesięć razy tyle kobiet.”

– twierdzi WuDunn. 

Wygląda na to, że sytuacja kobiet na świecie mogła ulec nawet pogorszeniu, a nie poprawie. Zdaniem autorów książki „Half the Sky” oprócz znaczenia tradycji przyczynił się do tego upadek komunizmu, globalizacja (łatwość podróżowania) oraz paradoksalnie lęk przed AIDS – klienci wolą teraz młodsze dziewczynki, bo wierzą, że mają mniejszą szansę się zarazić.

więcej w Half the Sky: how the trafficking of women today is on a par with genocide

Oak Park Stories

Jesteśmy przyzwyczajeni, że jak jest badanie to powstaje raport z tego badania. To stała praktyka wszelkich nauk, w tym również nauk społecznych. Ale, czy tak musi być zawsze?

Można spotkać projekty badań, które się „dzieją” – nie mają wyraźnego zakończenia. Teraz szczególnie częściej – internet pozwala odkrycia badacza na bieżąco „zapisać”, „zarchiwizować” i udostępnić innym.

Niektóre blogi są przez swoich autorów wykorzystywane do pisania książek, zbierania uwag na ich temat, komentarzy ze strony przyszłych czytelników. Nawet później, kiedy już książka została oprawiona w okładki i wydana owi autorzy nadal zbierają uwagi i oceny czytelników, prowadzą z nimi dyskusje i wymianę opinii na temat wydanej książki.

Sytuacja wygląda zgoła inaczej, gdy podejmujemy się realizacji badań, których nie zamierzamy zakończyć jednym raportem. Dobrym przykładem jest projekt Oak Park autorstwa amerykańskiego antropologa Jay Ruby na temat jego miasta, w którym się urodził, wychował i nadal przez większość czasu mieszka. Projekt ten jest interaktywnym i nie-linearnym zapisem obserwacji etnograficznych autora.

Projekt Oak Park przypomina blog. Autor zapisuje chronologicznie swoje obserwacje i odkrycia. Z miesiąca na miesiąc, z kwartału na kwartał możemy przeczytać o tym, co zauważył, co przykuło jego uwagę. Od czasu do czasu pisze artykuły na temat wybranych aspektów życia w badanej społeczności i publikuje w czasopismach naukowych.

Celem projektu amerykańskiego antropologa było uchwycenie zmian, którym podlegała badana społeczność, a nie wyczerpujący opis i wnioski. Jay Ruby od samego początku chciał udostępnić wszystkie efekty swojej pracy badawczej. Znajdziemy tu opis metodologii, notatki terenowe, wywiady z autorem, krótkie podsumowania, dłuższe artykuły, czy wręcz listę dyskusyjną z mieszkańcami. Zebrany materiał został wzbogacony także przez zdjęcia i filmy z „terenu”.

Cytując autora projektu:

Oak Park Stories to seria eksperymentalnych, refleksyjnych badań etnograficznych opartych na technologiach cyfrowych, które starają się przeanalizować czterdziestoletni eksperyment społeczny w Oak Park na przedmieściach Chicago.

Jego eksperymentalny charakter wynika z faktu, iż nie podążyłem tradycyjną drogą kończącą się wydaniem książki lub filmu, lecz tworzyłem raczej dzieło interaktywne i nielinearne, współtworzone zarówno przez tekst, jak i film.

Jego refleksyjność polega na tym, że przedmiotem badań jest moje miasto rodzinne.[…] Cyfrowy charakter oparty jest z kolei na sposobach rozpowszechniania – na płytach DVD, z wykorzystaniem filmów w formacie QuickTime oraz dokumentów html.

Stworzyłem Oak Park Stories w sposób nielinearny; w przeciwieństwie do filmu czy książki nie mają one konkretnie zdefiniowanego początku, środka i końca. Oglądanie/czytanie może rozpoczynać się w dowolnym miejscu, może również pomijać wszystko to, co nie leży w zainteresowaniach widzów/czytelników.

Zamieściłem wiele odnośników do materiałów, które pozwolą każdemu zainteresowanemu na głębsze wniknięcie w temat. Nielinearny sposób tworzenia w dużym stopniu uwolnił mnie od dotychczasowych ograniczeń.

Na podstawie książki: „Metody badań jakościowych”, tom 2, redakcja Norman K. Denzin, Yvonna S.Lincoln, PWN, 2009 Warszawa

Fotografia trendów

Przytaczam za blogiem Cultural Espionage. Krótka, ale wyglądająca na ciekawą książka – przewodnik po fotografii trendów. Ciekawe również jest to, że została napisana przez autorkę wyżej wymienionego bloga.

Katastrofa w Smoleńsku – ofiara, katharsis czy punkt bifurkacji?

Jak to się dzieje, że w momencie sytuacji kryzysowej – a przecież nagła śmierć kluczowych polityków wraz z prezydentem państwa stanowi taką właśnie sytuację kryzysową, która zawiesza wcześniej ustalony porządek – polskie społeczeństwo potrafi się zjednoczyć i nagle zapomnieć o istniejących wcześniej podziałach i konfliktach? Bądź, co bądź w katastrofie lotniczej zginęli politycy może nie tyle kontrowersyjni, ile na pewno bardzo wyraziści stanowiący elitę dwóch ważnych ugrupowań politycznych.

I oto w momencie katastrofy i śmierci nagle my Polacy zapominamy o istniejących wcześniej podziałach, konfliktach i razem ruszamy pod Pałac Prezydencki, zapalamy tysiące lampek, stawiamy tabliczki, zmieniamy ustawienia swoich profili na facebooku, ba nawet ustawiamy się w kolejkach do koszy na śmieci aby móc lepiej upamiętnić poprzez fotografię nasze poczucie wspólnoty.

za blogiem migawki-animatornia.blogspot.com

Nieustannie zastanawiamy się, jak mogło to się wydarzyć, wspieramy się, modlimy. A przecież na co dzień jesteśmy społeczeństwem, w którym poziom zaufania do innych ludzi spoza naszego kręgu przyjaciół lub członków rodziny jest prawie najniższy w Europie i praktycznie od 20-tu lat nie ulega zmianie.

Czy zatem aby móc się zjednoczyć potrzebujemy ofiar? Tak, jak plemienne społeczności aby zażegnać nurtującą je niepewność i lęk? Bo przecież brak zaufania, wrogość, silne konflikty i brak skłonności do kompromisu biorą się właśnie z niepewności i lęku.

Nasza codzienność jest nerwowa, pełna stresu, nieprzewidywalna, nieustannie rodząca nowe afery i skandale. Może nie jest to chaos, ale stan, który zmierza w kierunku entropii. Chcąc utrzymać wrażenie porządku uciekamy się do znanych symboli, snujemy opowieści o bohaterach przeszłości i innych bolesnych wydarzeniach. Czy nasza historia musi ulegać aż takiej multiplikacji aby ci, którzy lecą złożyć hołd ofiarom stalinowskich mordów sami stali się nagle ofiarami lotniczej katastrofy?

Ofiara zawsze potrzebna jest wspólnocie aby uspokoić chaos, w jaki co pewien stan popada. Brak silnie wykształconych w polskim społeczeństwie instytucji mediacji, jakimi mogą być np. niezależne stowarzyszenia lub organizacje, które mimo, że obecne dość słabo jeszcze potrafią wpływać na sferę publiczną i tą znajdująca się poza rodziną i siatką najbliższych przyjaciół oznacza konieczność odwoływania się do pierwotnych, czy wręcz atawistycznych emocji.

A może to nie tylko cecha naszego post-feudalnego społeczeństwa, a potrzeba ogólnoludzka? Bo przecież kiedy zdarzył się zamach na WTC także i amerykańskie społeczeństwo ogarnęło pospolite ruszenie, płonęły znicze, ludzie wylegali na ulice i zrodziła się ekspansywna polityka Busha wymierzona w kraje arabskie. A przecież, Amerykanie stanowią społeczeństwo, gdzie oddolna inicjatywa społeczna kwitnie.

Czy zatem mamy z sytuacją katharsis, po której ulegniemy cudownej przemianie i zaczniemy być dla siebie lepsi, będziemy sobie ufać? Wielu z nas ma taką nadzieje, bo wciąż szukamy sensu w tej nagłej i nieprzewidzianej śmierci. Chcemy być lepsi i choć na krótką chwilę rzeczywiście tacy się stajemy.

Czy to może punkt bifurkacji, w którym ulega zatrzymaniu pewien proces i na krótko niewiadomo, co się stanie.

Spójrzmy chociażby na obecną sytuację polityczną. Praktycznie dwie partie opozycyjne straciły swoich głównych liderów, ba jedna z nich straciła większość swoich kluczowych działaczy.

Obecnie Platforma Obywatelska stoi przed perspektywą skupienia praktycznie całej władzy w swoich rękach. Czy tak się stanie? A jeśli tak to, jakie będą tego konsekwencje? A może będziemy mieć do czynienia z sytuacja wręcz odwrotną – silne emocje odwołujące się do poczucia narodowej wspólnoty, które spowodowała ta katastrofa pozwolą bardzo szybko odbudować siłę PiS-u?

To właśnie nazywam punktem bifurkacji – sytuację zawieszenia, zamrożenia dotychczasowego układu sił, w której nagły incydent może zmienić wszystko.

%d blogerów lubi to: