Archiwum

Archiwum kategorii ‘globalizacja’

Gdzie się podziało 100 m i l i onów kobiet?

Październik 12, 2010 3 uwag

“W ciągu ostatnich 50 lat na całym świecie więcej kobiet zginęło z powodu swojej płci niż mężczyzn we wszystkich bitwach XX wieku… w każdym z wyliczeń wielkości globalnej populacji powtarza się zdumiewająca prawidłowość, którą łatwo wziąć za błąd statystyczny. Kobiety żyją przeciętnie dłużej od mężczyzn, a więc powinno ich być więcej na świecie. A jednak z jakichś powodów w niektórych regionach świata to wyliczenie się nie zgadza. Wygląda to tak, jakby na pewnych obszarach kobiety po prostu znikały.”

- tak napisał Ed Pilkington w brytyjskim Guardianie. Szokujące, prawda?

No bo jak to? Co rusz czytamy, że sytuacja kobiet się poprawia, ba, że jest nawet lepsza niż mężczyzn. W w krajach rozwiniętych w wyniku kryzysu to przede wszystkim mężczyźni tracili pracę. Pozycja kobiet  na rynku pracy zaczęła się umacniać. Nie tylko pod względem zarobków, ale także dlatego, że coraz częściej zaczęły obejmować stanowiska wymagające wysokich kwalifikacji.

Jak pisał na swoim blogu Edwin Bendyk:

“W USA zatrudnienie kobiet w kategorii “professionals” osiągnęło już 51 proc. Od dawna już także kobiety dominują jeśli chodzi o aspiracje edukacyjne: 60 proc. dyplomów uczelni wyższych w Europie i USA zdobywają kobiety, podobnie jest w krajach takich jak Iran i Turcja. Kryzys ujawnił, że gospodarki krajów rozwiniętych coraz mniej potrzebują mężczyzn (czy raczej tzw. “męskich” kompetencji), na cztery osoby tracące pracę w USA trzy były mężczyznami. Z kolei jeśli chodzi o przyszłość amerykańskie Bureau of Labour Statististics stwierdza, że kobiety będą zajmować dwie trzecie miejsc pracy w 10 z 15 kategorii zawodowych notujących najszybszy rozwój. W końcu w 2011 USA przewaga kobiet studiujących na uniwersytetach nad mężczyznami osiągnie 2,6 mln.”

Sam pisałem, że na skutek rosnącej pozycji kobiet już niedługo możemy mieć do czynienia z wielką rzeszą sfrustrowanych, zniechęconych i agresywnych mężczyzn. Metaforyczną ilustracją tego zjawiska miała być, według mnie powieść Stiega Larsona “Millennium”.

Ale jak się okazuje to tylko cześć prawdy. I nie tylko dlatego, że inne trendy obserwujemy w krajach wysokorozwiniętych – gdzie sytuacja kobiet rzeczywiście uległa poprawie, a inne w krajach rozwijających się – gdzie dzięki silnie ugruntowanej tradycji kobiety wciąż nie mogą rozwinąć skrzydeł. Za ich trudną sytuację odpowiadają przede wszystkim wzory kulturowe, które większą wartość przypisują mężczyznom niż kobietom.

“Na przykład w Indiach matki dużo rzadziej szczepią córki niż synów, a badania przeprowadzone w instytucjach medycznych wykazały, że dziewczynki są zabierane do szpitala dopiero, kiedy ich stan zdrowia jest gorszy od przeciętnego stanu przyjmowanych na leczenie chłopców. Ryzyko śmierci dziewczynki w Indiach jest o 50% większe od ryzyka zgonu chłopca w tym samym wieku.”

“Każdego tygodnia w Chinach umiera na wskutek braku opieki lekarskiej 800 małych dziewczynek (dokładnie tylu demonstrantów zginęło podczas protestów na placu Tiananmen)”

Poprawia się sytuacja jedynie części kobiet – tych dobrze wykształconych, mobilnych, nastawionych na robienie kariery. Organizacja Social Watch, śledząca przestrzeganie praw człowieka na całym świecie, stworzyła system oceny różnic w traktowaniu płci. Wskaźnik GEI (Gender Equity Index) mierzy dysproporcje pomiędzy sytuacją kobiet i mężczyzn. Im mniejsza wartość indeksu, tym bardziej upośledzone są kobiety w danym kraju. Z badań Social Watch wynika, że rzeczywiście pewien postęp się dokonuje, ale jest on obecny jedynie w tych krajach, w których różnice w traktowaniu płci były niewielkie już kilkanaście lat temu.

Korzystna sytuacja kobiet w krajach rozwiniętych okupiona jest dramatyczną sytuacją kobiet w innych częściach świata. To stamtąd przywozi się – trochę na podobnych zasadach, jak importuje się surowce – młode dziewczyny, które zadłużone rodziny sprzedały pośrednikom trudniącym się handlem “żywym towarem”. Trafiają potem do domów publicznych znajdujących się w Amsterdamie, Londynie, Hamburgu, czy Atenach.

Według ostatniego raportu Biura Narodów Zjednoczonych ds. Narkotyków i Przestępczości (UNODC  ”Trafficking in persons to Europe for sexual exhibition”) w samej Europie zorganizowane grupy przestępcze zarabiają rocznie 3 miliardy dolarów zmuszając do prostytucji i niewolniczej pracy około 140 tys. osób (80% z nich to kobiety).

 

Z danych brytyjskiego ministerstwa spraw wewnętrznych wynika, że liczba prostytutek w Zjednoczonym Królestwie wzrosła od lat 90-tych ubiegłego wieku z 80 tys. do ponad 800 tys. Na skutek znacznego spadku cen “egzotycznych uciech” w okresie ostatnich pięciu lat liczba mężczyzn płacących za seks wzrosła dwukrotnie. Powyższe dane obrazują rosnące zapotrzebowanie na usługi seksualne wśród mieszkańców Europy. Rekordzistą jest tu Hiszpania, gdzie aż 39% mężczyzn mogło korzystać z usług płatnego seksu.

Profesor Amaryta Sen – zdobywca nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii wyliczył, że możemy mówić aż o 107 milionach kobiet, które “wyparowały” za sprawą: morderstw, bo zhańbiły swoje rodziny, przez brak troski ze strony rodziców, w wyniku gwałtów, czy przymusowej prostytucji, która dziś wiąże się zwykle z zarażeniem wirusem HIV, co oznacza najczęściej również śmierć.

Możemy mówić o prawdziwym “kobietobójstwie” twierdzą Sheryl WuDunn i Nicholas Kristof, autorzy książki o znamiennym tytule “Half the Sky”.

“W szczytowym okresie handlu niewolnikami, czyli w latach 80 XVIII wieku, z Afryki do Nowego Świata przetransportowano 80 tysięcy niewolników. Dziś przez granice przewozi się dziesięć razy tyle kobiet.”

- twierdzi WuDunn. 

Wygląda na to, że sytuacja kobiet na świecie mogła ulec nawet pogorszeniu, a nie poprawie. Zdaniem autorów książki “Half the Sky” oprócz znaczenia tradycji przyczynił się do tego upadek komunizmu, globalizacja (łatwość podróżowania) oraz paradoksalnie lęk przed AIDS – klienci wolą teraz młodsze dziewczynki, bo wierzą, że mają mniejszą szansę się zarazić.

więcej w Half the Sky: how the trafficking of women today is on a par with genocide

Przyszłość miast

Wrzesień 11, 2010 Dodaj komentarz

Swojsko-obce miasta i fenomen miejskiej turystyki

Czerwiec 25, 2010 Dodaj komentarz

Od niedawna zainteresowanie miastem stało się bardzo sexy. Powstaje wiele projektów, inicjatyw i działań skupionych na mieście.

Wystarczy wspomnieć o internetowym przewodniku po Warszawie warsawsun.pl, który próbuje oswoić mieszkańców stolicy z mało znanymi, a nieraz wręcz „dzikimi” miejscami. Znajdziemy tam opuszczone domy, uliczną sztukę, miejskie rzeźby i instalacje, ale też szereg propozycji na wycieczki i knajpiane eskapady. Twórcy serwisu organizują też imprezy dziejące się w mieście – podchody i gry uliczne.

Innym projektem jest, trwający od lutego b.r „The Promised City”. Jego głównymi pomysłodawcami i inicjatorami jest Goethe Instytut w Warszawie i Instytut Polski w Berlinie. To inicjatywa prawdziwe „totalna”, mająca ambicje spenetrowania nie tylko Berlina i Warszawy, ale też Mumbaju w Indiach.

Nie tylko zasięg owego projektu jest imponujący, ale też interdyscyplinarny charakter, bo znajdziemy tu wędrujących dziennikarzy, pisarzy, fotografów, artystów i twórców teatralnych. Wszyscy postawili sobie jeden cel – zrozumieć i poznać (na nowo???) współczesne metropolie.

Art Space Tokyo to jeszcze inny przykład „miejskiego przewodnika”. Jego autorzy Ashley Rawlings (redaktor projektu) i Craig Mod (projektant) oraz Nobumasa Takahashi (autor rysunków) postanowili stworzyć przewodnik po artystycznych galeriach stolicy Japonii.  Obok wersji drukowanej czytelnicy mogą korzystać z  zawartości poprzez iPada. Dzięki temu zyskują możliwość wirtualnej podróży, podczas której obok konkretnych informacji na temat poszczególnych galerii mogą poczytać eseje, artykuły, wywiady z artystami, czy obejrzeć materiały video.

Twórcy i uczestnicy owych projektów to prawdziwi miejscy podróżnicy. Starają się poznać, miejsca, w których od lat mieszkają, albo też udają się z misją poznania obcego sobie miasta. Niektórzy z nich robią to, nie tylko dla swojej ciekawości, bynajmniej, ale przede wszystkim aby móc je zaprezentować tubylcom.

Czyżby już tak słabo znamy własne miasta, że jesteśmy skorzy wybrać się na wycieczkę po najbliższym skwerze razem z przewodnikiem, który jest obcokrajowcem? Czego chcemy się dowiedzieć lub odnaleźć? Zagubioną lokalność, swojskość, poczucie, że miasto, w którym żyjemy nie jest obcym i zimnym molochem, a miejscem, które może być bliskie i przyjazne?

Swoją obietnicą szczęścia i sukcesu wielkie metropolie przyciągają ogromne rzesze ludzi. Od 2007 roku w miastach mieszka na świecie więcej mieszkańców niż na wsi. Powstają wciąż nowe aglomeracje i pewnie rosnąć będą przez następnych kilkadziesiąt lat, chociaż wyczerpnie złóż ropy może ten proces zahamować, a nawet odwrócić.

Jednocześnie miasta stają się coraz bardziej sprywatyzowane. Kurczy się przestrzeń publiczna, granice między „światem bogactwa”, a „światem biedy” nabierają ostrości. Zamknięte osiedla segmentują wolną wcześniej przestrzeń.

Jeśli nawet mieszkamy na tradycyjnym osiedlu (nie potrzebujemy kilkunastu różnych kluczy aby dostać się do swojego lokum) to i tak bardzo mało wiemy o naszym najbliższym otoczeniu, coraz mniej nas ono interesuje. Ustalone arterie komunikacyjne powodują koncentrację ludności jedynie na określonej przestrzeni lub powstają luksusowe suburbia poza miastem.

Nic zatem dziwnego, że rozglądamy się za mapą, która pomogłaby nam oswoić ten miejski świat.

Może jest tego jeszcze jeden powód? Wszystko staje się tak wirtualne, że miejsca znajdujące się w innych krajach, wydają nam się bardziej znajome i swojskie niż najbliżej znajdujące się skrzyżowanie ulic przez które codziennie przejeżdżamy w drodze do pracy.

Warsawsun.pl

The Promised City

Art Space Tokyo

Zamknięte osiedla czyli gettoizacja przestrzeni miejskiej (część 1)

Zamknięte osiedla czyli gettoizacja przestrzeni miejskiej (część 2)

Gated community

Struktura trendów

Maj 27, 2010 Dodaj komentarz

Iconoculture wchodzi na rynki Europy

Kwiecień 15, 2010 Dodaj komentarz

Vickie Abrahamson (z lewej) i Mary Meehan’s założycielki amerykańskiej firmy Iconoculture zajmującej się badaniem trendów dokonują ekspansji na rynki europejskie. Powołały nową firmę Panoramix Global, która swoją działalnością obejmie państwa wchodzące w skład grupy G-20, w tym także kraje członkowskie Unii Europejskiej.

Podobnie, jak Iconoculture także Panoramix Global ma zajmować się nie tyle badaniem, co identyfikacją i przewidywaniem zmian w postawach i zachowaniach konsumentów.

Jak mówi jeden z kluczowych menedżerów firmy Dan Frawley: “zbudowaliśmy swoją reputację, nie tyle na dostarczaniu wiedzy o tym, co dzieje się z konsumentami, ale przede wszystkim dlaczego tak się dzieje i co to oznacza dla działalności naszych klientów”. Jeszcze bardziej dosadnie wyraża to Vickie Abrahamson : “różnica między Panoramix Global, a innymi firmami badawczymi jest taka, że my badamy zmiany klimatu, podczas gdy pozostali skupiają się prognozowania pogody”.

Abrahamson i Meehan i założyły Iconculture w 1992 roku. Firma od początku była skoncentrowana na badaniach trendów. Techniki badawcze stosowane przez Iconculture w dużej mierze opierają się na podejściu etnograficznym i antropologii kultury. Firma oferuje także doradztwo i szkolenia. Wśród jej klientów znajduje się wiele dużych korporacji i firm międzynarodowych. W 2008 roku obroty firmy wyniosły 17 milionów dolarów.

Wirtualne tożsamości i anty-lokalność

Październik 21, 2009 Dodaj komentarz

lokale na wirtuale

Za każdym razem, kiedy jestem bądź w pobliżu wysokich i zimnych biurowców, bądź też niedaleko zamkniętych osiedli i pytam przechodniów, gdzie znajduję się jakaś ulica to zwykle nie jestem w stanie uzyskać żadnej pomocnej informacji.

W pobliżu biurowców można spotkać określony rodzaj ludzi, którzy zamyśleni stoją przed wejściem i palą papierosy, a zapytani, jak można trafić na konkretną ulicę, najpierw cofają się zaniepokojeni, a potem robią wielkie oczy i wzruszając ramionami odpowiadają: “nie wiem”.

Jeszcze gorzej jest na terenie sterylnie czystych i skrzętnie ogrodzonych osiedli, bo tam w ogóle rzadko można spotkać przechodniów. Prędzej zobaczymy lśniące limuzyny, jak wolno suną wąskimi uliczkami i wjeżdżają do ciemnych garaży, a co krok – słupy z cicho pracującymi kamerami.

Można tak przepytać wiele osób i spędzić naprawdę sporo czasu, a i tak nie uzyska się odpowiedzi. Morał z tego taki, że najlepiej mieć w takich miejscach zawsze przy sobie mapę lub geo-lokalizator.

Ale co to ma do trendów? Może nic, a może jest to jeden z symptomów zjawiska, które jest zupełnie przeciwstawne do tego, co pisałem już wcześniej (por. wpis Nasze podwórko najważniejsze i basta). Może w dużych miastach, gdzie mamy do czynienia z dużą liczbą ludności napływowej, która przyjechała tutaj przede wszystkim po to, aby zrobić karierę takie umiłowanie lokalności istnieje bardzo sporadycznie, a mamy do czynienia z czymś zupełnie odmiennym? No właśnie, ale z czym?

Większość czasu pracownicy dużych korporacji spędzają w biurze lub szybko przemieszczają się do centrów handlowych lub pubów, a pozostały wolny czas spędzają w internecie (przede wszystkim na serwisach społecznościowych).

Znana im przestrzeń ogranicza się do kilku wybranych miejsc i nie tworzy bardziej subtelnej struktury, nie zawiera detali i doświadczana jest bardzo powierzchownie. Bardziej zwracają uwagę na to, co dzieje się w internecie – mają umiejętności w poruszaniu się w po sieciach połączeń między stronami internetowymi, czy potrafią kojarzyć swoich licznych znajomych na serwisach społecznosciowych, zaś gorzej orientują się w siatce ulic znajdujących się w pobliżu ich miejsca pracy lub zamieszkania. Czy właśnie tak kształtuje się obecnie nasza tożsamość, czy sposób postrzegania i zarazem doświadczania otaczającej nas przestrzeni? Oznaczałoby to, że nasza tożsamość powoli mocniej zakorzenia się w świecie wirtualnym niż w tym, który jest w pobliżu nas.

Implikacje

Na serwisach internetowych, blogach można odnaleźć wiele prób “oznakowania” i “zapamiętania” otaczającej nas przestrzeni. Blogi ze zdjęciami ulic, opuszczonych miejsc, wypowiedzi na forach komentujące ulubione, ale mało jeszcze znane lokalne knajpki, czy organizowane “wypady” na miasto w formie prawie zorganizowanych wycieczek. Może nie tyle jesteśmy obojętni na to, co nas otacza, może po prostu nie mamy czasu zwracać uwagi na najbliższe otoczenie? Pozostaje nam jedynie uczestniczenie w zorganizowanych eventach, akcjach, które są zapośredniczone przez działania prowadzone w sieci. Wyruszamy na wyprawę po mieście, tak jakbyśmy udawali się do nieznanej nam wcześniej, egzotycznej krajny, chociaż ta istniała przez cały czas obok nas, tuż za rogiem, na wyciagnięcie ręki.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.