Czy w czasie kryzysu widać smutne twarze?

Czy kryzys już widać na ulicach naszych miast?
Dziś miałem niezwykłą rozmowę z moim młodszym synem Kubą (mam dwóch synów: jeden w wieku ośmiu lat, a drugi – jedenastu). Czekaliśmy na metro i Kuba powiedział w pewnej chwili coś takiego:
- Jaki ten świat jest smutny.
- Dlaczego – zapytałem.
- Ci wszyscy ludzie, jacy oni mają smutne twarze.
- Jak myślisz, dlaczego?
- To pewnie ten KRYZYS – odpowiedział.
Rozmowa zachęciła mnie abym zwrócił uwagę na otaczających mnie ludzi.
I rzeczywiście – tak, jak Kuba zauważył – na twarzach wielu osób można było dostrzec smutek. Może nie był on bardzo widoczny, może nie rzucał się w oczy, ale po uważnym przyjrzeniu można było go dostrzec. Może lepiej powiedzieć: dopiero się jakby wyłaniał, stawiał pierwsze kroki.
Ludzie, którzy nas otaczali nie mieli na twarzy rozpaczy, ale jakby brak było w nich pewnego „luzu”, takiej akceptacji tego, co jest, co się dzieje. Przeważało skupienie – trochę tak jak podczas pogrzebu. Kuba nawet to w pewnym momencie dokładnie wyartykułował:
- Jakby wszyscy szli na pogrzeb albo na ścięcie.
Może nie wszyscy się smucimy. Może nie wszyscy się obawiamy, ale nawet dziecko potrafi dostrzec, że dzieje się coś nie dobrego. Powoli i dotkliwie. Może są to jedynie moje subiektywne odczucia, ale może nie i mamy początek narastającego niepokoju, czy właśnie smutku.
Wszystkim i sobie życzyłbym oczywiście aby były to jedynie dziecinne fantazje, a nie rzeczywistość.